Nie pisałam w swoim wątku prawie pół roku... Najpierw nie miałam czasu, potem nie umiałam. Nie miałam czasu z powodu Ivy, nie umiałam z powodu Maggie. Ivy przeszła zabieg usunięcia nowotworu tarczycy pod koniec lipca. Nowotwór okazał się bardzo rzadki i niestety złośliwy, ale nieobarczony jakąś tragiczną mitozą. Prośka żyje pozbawiona fragmentów tarczycy, resztki jej tarczycy sobie radzą, jest stabilna hormonalnie. Została zaproszona na szkolenie weterynaryjne w listopadzie w Karacie, gdzie komisyjnie konsylium weterynaryjne pod nadzorem dr Agnieszki Wdowiarskiej z PV przeskanowało jej tarczycę. Mała jest czysta. I oby taka została. W sierpniu pod nóż poszła Maggie. Wychuchana, zadbana, zakwalifikowana do zabiegu, z pełnym kompletem badań. Maggie... najbardziej ufna i przytulasta prosinka w naszym domu. Zostawiłam ją dosłownie na chwilę. Miałam ją tego samego dnia na wieczór odebrać. MIałam. Ale już do nas nie wróciła. Bałam się cholernie o Ivy, schorowaną, obarczoną tysiącem przypadłości. Maggie to była prawie pewniak. Nic takiego, zwykły rutynowy zabieg jakich wiele. Nie obudziła się. Jej serduszko stanęło pod koniec zabiegu, a próby reanimacji nic nie dały. Z niektórymi stratami godzimy się. Z innymi nie. Nie byłam gotowa na stratę Meg, nadal nie jestem. A życie toczy się dalej. Swoim własnym, wybranym przez siebie torem. I tak się do nas dotoczyła najpierw Tsunami, a potem jej mała córka Elisa. Zostały razem z Lilo, który po stracie Maggie został sam.
