Absolutnie nie byłam gotowa na kolejny wpis tutaj

Zaledwie 4,5 miesiąca po odejściu Lusi...
Plamcia. Mój kochany mały dzikusek. Przyjechała do mnie w październiku 2024, szybko dogadała się z Lusią. Teraz obie biegają już za TM
Plamka nie miała jeszcze 2 lat. To totalnie niesprawiedliwe, że choroba tak szybko ją zabrała. Nerki sypały się w katastrofalnie szybkim tempie, bardzo szybko doszła anemia. Ostatniej nocy nie miała na nic siły. Karmiłam ją małymi porcjami co 1,5 godziny, nie była w stanie utrzymać głowy w górze podczas karmienia, wodę piła ze strzykawki bo z poidełka już nie dawała rady

Jadąc rano do weta wiedziałam, że jest bardzo źle ale w samochodzie zjadła jeszcze na leżąco ogórka. Wzięłam też Migotkę w nadziei, że może uda się przetoczyć krew żeby zyskać na czasie aż leki zaczną działać i sama zacznie produkować nowe czerwone krwinki. Niestety była już w takim stanie, że wspólnie z panią doktor podjeliśmy decyzję o nie skazywaniu jej na dalsze cierpienie.
Pozostał ból, tęsknota, żal i poczucie porażki.
To nie tak miało być. Miałyśmy spędzić jeszcze kilka wspólnych lat. Wspólne kolankowania, wiosenna trawa, popkorny z Migotką... Nagle ten cały plan runął jak domek z kart...
Kochana Plamka 05.2024-02.03.2026
Migotka ostatniego dnia czuła, że coś jest nie tak. Dziewczyny zawsze siedziały blisko siebie ale wtedy to strasznie pilnowała Plamki. Jakby wiedziała, że jest źle i bala się zostać sama
